Dziś jest Sobota, 23 września 2017
św. Pio z Pietrelciny, pr. wspomn. obow.
Czytania:
1 Tm 6, 13-16; Łk 8, 4-15
Gazeta parafialna

Nasi podróżują

Wspomnienia z Notre Dame

Rafał Witkowski
Nasz Autor, Rafał Witkowski z panem płk. Kuklińskim w Waszyngtonie

Życie w Stanach Zjednoczonych poznajemy niestety głównie przez telewizje i pop-kulturę, które docierają do nas ze wszystkich stron, lecz nie oddają całości ludzkiej egzystencji w tym jakże zróżnicowanym kulturowo i religijnie państwie.

Pierwszy raz spędziłem święta Bożego Narodzenia w Stanach w zeszłym roku, kiedy pracowałem na największym i najsławniejszym bodaj uniwersytecie katolickim w Stanach - Notre Dame w South Bend w stanie Indiana, ale nadal trudno mi zrozumieć wiele zjawisk społecznych. South Bend to dziwne miasto, kiedyś znane w całym świecie z produkcji samochodów terenowych dla potrzeb armii amerykańskiej. Połowa mieszkańców miasta i okolic to potomkowie polskich emigrantów, którzy zagospodarowywali te tereny od połowy XIX w. Najpierw zapisali się w historii jako pracowici rolnicy. Później, w latach wielkiej prohibicji udostępniali swe piwnice i domy dla produkcji alkoholi na potrzeby pobliskiego Chicago i Al Capone'a. Zaś w latach 60-tych South Bend było ostoją demokratów i prezydenta Kennedy'ego, który bywał na konwencjach partii, organizowanych w tzw. dyngus-day. Teraz słynie z uniwersytetu i drużyny footballowej.

Uniwersytet Notre Dame

Amerykańskie uniwersytety są z racji swego prestiżu i możliwości pracy naukowej atrakcyjne dla ludzi różnych stron świata. Wszystkie budynki katolickiego uniwersytetu wypełnione są swoistą mieszaniną ras i języków. Wszyscy przyjechali tam, aby szukać innego, czasami lepszego życia i wykształcenia. Wszyscy przywieźli ze sobą swoje zwyczaje, język (dialekt), ale często i religię. Jeżeli ktoś decyduje się na emigrację do Stanów, to przeważnie wychowuje swoje dzieci w języku angielskim, kulturze amerykańskiej, stara się, aby dzieci były tak bardzo amerykańskie, jak to możliwe. Tylko biedni emigranci z Ameryki Łacińskiej, mówiący po hiszpańsku, nie poddają się tej dobrowolnej akcji wynaradawiania. Wszędzie otwarcie mówią po hiszpańsku, ubierają się nieco inaczej, żyją też nieco inaczej - przeważnie skromnie i wśród swoich. Oni spędzają Święta podobnie jak my, zawsze w gronie rodziny, idą do kościoła na latynoską pasterkę, ale dla nich Święta są bardzo radosne, zatem w kościele śpiewają głośno, tańczą długo, a do domów idą dopiero nad ranem, kiedy są już zmęczeni. Latynosi przejęli podupadły kościół katolicki, który kiedyś należał do węgierskich emigrantów. Na procesjach nadal noszą feletrony z wizerunkiem św. Stefana, choć bez wątpienia Sant Istvan jest dla nich postacią raczej abstrakcyjną.

Irlandczycy i Włosi nie znają wieczerzy wigilijnej ani opłatka, choć uważają siebie za ostoję katolicyzmu w Stanach, zwłaszcza ci pierwsi. Zewnętrznie ich świętowanie nie różni się od zwyczajów najprzeróżniejszych odłamów protestantów. Święta to wspólny obiad i to wszystko.

Do dziś w South Bend istnieją cztery parafie polskie, gdzie jeszcze śpiewa się coś po polsku, czasami odmawia modlitwy i gdzie niektóre rodziny zachowują polskie zwyczaje - jak opłatek, choinka itp. Kiedyś polskie parafie posiadały własne szkoły, świetlice, dzisiaj coraz częściej parafie te stają się latynoskie. O polskiej przeszłości świadczą witraże, polskie napisy na stacjach drogi krzyżowej, a w okresie Świąt śpiew kolęd.

Poznałem i polubiłem proboszcza parafii św. Jadwigi, który jest profesorem socjologii na uniwersytecie, który zaprosił mnie na amerykańską wigilię. Wcześniej pomogłem mu trochę przygotować pasterkę. Istnieje tutaj chór parafialny, który składa się z bardzo miłych starszych pań i panów, amerykańskich emerytów, którzy śpiewają dla radości śpiewania. Parafia św. Jadwigi została założona ponad 120 lat temu. Nadal przychodzą do niej przeważnie Polish-Americans, ale jest też sporo Latynosów, kilku Irlandczyków i Azjatów. Żyjące w South Bend czwarte, a czasami piąte pokolenie Polaków, którzy oprócz nazwiska i świadomości, że kiedyś ich przodkowie wyemigrowali z Polski - często nigdy nie było w Polsce, ale przekazaną im przez przodków tradycję zachowuje. Chór co roku przygotowuje półgodzinny koncert kolęd po polsku i nie tylko, na który przychodzi mnóstwo ludzi - nie zawsze, aby się pomodlić, raczej, aby posłuchać. Na prośbę szefowej chóru korygowałem wymowę niektórych polskich słów, gdyż część chórzystów preferuje własną. Ich dziadkowie mówili jeszcze po polsku, niektórzy nawet chodzili do polskiej szkoły, która istniała przy parafii do lat 60-tych, ale większość z nich nigdy nie uczyła się czytać i pisać po polsku. W chórze jest też jeden Irlandczyk - jak tego biedaka nauczyć poprawnie wymawiać "Lulajże Jezuniu" albo "w żłobie leży, któż pobieży...". Tegoroczny koncert wypadł wspaniale, a ja byłem pełen podziwu dla ludzi, którzy przez ponad 120 lat zachowali piękne polskie kolędy.

Dla Amerykanów święta to przede wszystkim czas robienia zakupów. Sezon zaczyna się po Święcie Dziękczynienia, czyli pod koniec listopada. Ostatnie dni przed Świętami to prawdziwe szaleństwo. W tym roku o 400 % wzrosła liczba ludzi kupujących prezenty przez Internet. Niektóre firmy zarobiły olbrzymie pieniądze, ale jak przesłać prezenty dla tych wszystkich ludzi, skoro nawet cudowna amerykańska poczta ma problemy z dostarczeniem listów przed Świętami, a co dopiero paczek?! Po sezonie zakupów rozpoczyna się sezon wymiany prezentów w sklepach. Według statystyk ponad 20 % osób wymienia prezenty na inne, a zaraz po nowym roku rozpoczyna się wyprzedaż. Zatem Święta to cudowna okazja do robienia pieniędzy! Ale nie wszyscy mieszkańcy Stanów to chrześcijanie, którzy wspominają Boże Narodzenie - ci inni nie kupiliby prezentów, zatem co z nimi zrobić. Kilka dni przed świętami Bożego Narodzenia przypada żydowskie święto Chanuka, które w Stanach nabrało innego znaczenia - stało się świętem dzieci. Zatem trzeba kupić prezenty dla dzieci. Muzułmanie kończą jeden z postów kilka dni przed naszymi Świętami. Zatem po wyrzeczeniach trzeba kupić prezenty dla wszystkich, którzy tak ciężko pościli. Mieszka w Stanach także wielu Afrykańczyków, którzy zachowują swoje dawne (właściwie to już zmodyfikowane) wierzenia. W Afryce mówią różnymi językami, należą do różnych plemion, ale nic ich nie łączy oprócz koloru skóry. Zatem "mądrzy ludzie" wymyślili, afrykańskie święto jedności i przyjaźni zwane "Kwanzaa", które przypada dwa dni po Bożym Narodzeniu - oczywiście trzeba kupić prezenty... I tak się to wszystko toczy wokół sklepów, robienia zakupów i wydawania pieniędzy, a "wspaniałych miejsc", gdzie można wydać pieniądze jest mnóstwo.

Kanały telewizyjne można podzielić zasadniczo na dwie grupy: prywatne i publiczne. W tych publicznych i prywatnych nadawanych jest mnóstwo "kolęd" o gwiazdorach, śniegu, prezentach, itd., ale nie ma w nich ani jednego słowa o Chrystusie. Są to bowiem "świeckie kolędy" - stacje telewizyjne nie mogą nadawać religijnych kolęd, bo kto oglądałby telewizję? Zresztą jedną z głównych rozrywek w telewizji podczas świąt są mecze piłkarskie - o wynikach zawsze może poczytać w gazecie. Czasami miałem wrażenie, że idea amerykańskich, świeckich zasad świętowania sprowadza się do zrobienia zakupów, dużych zakupów, rozdania prezentów, zjedzenia maksymalnej ilości dań i potraw, potem wejścia na wagę i... trzeba rozpocząć nową dietę odchudzającą...

Nie wszyscy oczywiście tak żyją. Mnóstwo ludzi nie poddaje się zwyczajom totalnej konsumpcji. Kiedy powoli zaczynała zwyciężać w mojej świadomości wizja Amerykanów pochłoniętych pochłanianiem, spotykałem Paula Grzeszczyka, emeryta, Amerykanina w piątym pokoleniu, potomka poznańskich emigrantów, obecnie zakrystianina, który zawsze miał czas, aby pomoc innym, często zapominając o swym własnym życiu. Praca w parafii tak go pochłaniała, że od kilku lat zapomina poprosić swego proboszcza o wynagrodzenie za godziny spędzone na sprzątaniu kościóła pw. Św. Jadwigi.

Najważniejszym obiektem w South Bend jest uniwersytet, tak bardzo różny od naszego. Jest on najbogatszym i bodaj najsłynniejszym amerykańskim uniwersytetem katolickim, na którym nadal prowadzone są bardzo żywe dyskusje wokół przyjęcia papieskiego dokumentu o uniwersytetach "Ex corde ecclesiae". Wśród profesorów Notre Dame często można spotkać zdecydowanych przeciwników nauczania Jana Pawła II, ale też tam, w jednej ze stołówek, kiedyś narodził się katolicki ruch charyzmatyczny oraz założono najpoczytniejszy bodaj "konserwatywny" magazyn "Crisis". Jest to na pewno wspaniały katolicki uniwersytet w Stanach Zjednoczonych, jednak pełen wewnętrznych sprzeczności - jak samo społeczeństwo amerykańskie.

Nauczanie na tym uniwersytecie, jak też na wielu innych, ma swoje reguły. Każdy student musi dokładnie wiedzieć, co go czeka podczas semestru, dlatego wszystko musi być starannie zaplanowane. Student musi wiedzieć, jakie są wymagania prowadzącego zajęcia, sposób zaliczenia, punktacja testów i prac pisemnych, przewidziana w semestrze ilość referatów, testów, quizów etc. Jeśli profesor planuje "niespodziewany" test z wiadomości bieżących, to musi go umieścić w programie zajęć, czyli w syllabusie. Inaczej studenci mogą zaskarżyć profesora do komisji etyki, gdyż tenże wywołuje swym zachowaniem niepotrzebne stresy.

Każdy prowadzący zajęcia musi poszukać podręcznika lub podręczników, zamówić w księgarni uniwersyteckiej odpowiednią ilość dla swoich studentów. Przyjmuje się, ze cena podręcznika powinna wahać się w okolicach 20-30 USD, co nie zawsze jest możliwe. Oprócz tego prowadzący zajęcia może (ja musiałem) przygotować tzw. course-packet, czyli zebrać kserokopie artykułów albo fragmentów książek, które będą używane jako podstawa do zajęć. Istnieje odpowiedni punkt kserograficzny (copy-center), który robi kserokopie owych artykułów, inny punkt robi kserokopie całości i oprawia. Wszystkie teksty muszą być napisane po angielsku, gdyż jest to przeważnie jedyny język komunikacji międzyludzkiej znany młodemu pokoleniu, a nawet jeśli ktoś zna z domu inny język, to i tak z zasady się nie przyznaje do tego (czasami wyjątek stanowią Latynosi). Na każde zajęcia może zapisać się każdy student, dlatego też często zdarza się, że wśród studentów, którzy wybrali historie jako swój główny przedmiot (tzw. history major), siedzą studenci chemii, fizyki jądrowej, rachunkowości, politologii (government science) czy oficerowie rezerwy armii amerykańskiej. Wśród takiej grupy, którą przyszło mi nauczać o dziejach krzyżaków, zdarzali się tacy, którzy przed zajęciami nie wiedzieli co to są wielki średnie - wszak historia USA zaczęła się dwa wieki temu. Część i moich studentów nie była w Europie i nigdy nie widziała na własne oczy jakiegokolwiek budynku średniowiecznego. Najprawdopodobniej zamek widzieli w Disney-land albo w Las Vegas. Trudno mieć im to za złe, wszak wiedza przeciętnego studenta z Polski o zamorskich krajach też jest raczej znikoma. Jednak nie można im odmówić pracowitości i zaangażowania. Odpowiednio zachęceni i pokierowani potrafili spędzać długie godziny, ucząc się o wydarzeniach w odległych terenach (od Ziemi Świętej po Estonię) lub imion i nazw zupełnie im obcych.

Każdy student ma prawo w trakcie wykładu przerywać prowadzącemu i zapytać o coś, czego nie zrozumiał. W tym momencie prawo do wiedzy jednego studenta jest ważniejsze niż prawo do wiedzy pozostałych, którzy zrozumieli cokolwiek. Termin egzaminu końcowego musi być ustalony na pierwszych zajęciach, a odbywa się w terminie odpowiadającym studentom. W ostatnim tygodniu zajęć studenci musza wypełnić tzw. teaching evaluation, czyli ocenić działalność dydaktyczną i pedagogiczną profesora w minionym semestrze. Jeżeli opinie studentów są negatywne, administracja uniwersytecka może użyć je przeciwko profesorowi i np. odmówić przedłużenia kontraktu albo odmówić tzw. tenure czy stałego zatrudnienia i tytułu profesora. Najważniejsze - każdy student University of Notre Dame płaci ok. 35.000 USD rocznie za studia, co wpływa dosłownie na wszystko, co dzieje się na campusie, ale po ukończonych studiach tylko znikomy promil ma problemy ze znalezieniem dobrej pracy.


(Pisane w Poznaniu w dniu święta KEN)

Przeczytano 6097 razy

17, (4) 2000 - Boże Narodzenie



polski  english  deutsch  française Dodaj stronę do ulubionych! 
filipini Gazeta parafialna - 'Rodzina Parafialna'
 

Copyright 2003-2011 © Kongregacja Oratorium Św. Filipa Neri i parafia pw. NMP Matki Kościoła - Poznań-Świerczewo
statystyka Valid XHTML 1.0! Valid CSS!
Kalendarz
Czytania
Kongregacja Oratorium Św. Filipa Neri - Poznań
Kongregacja Oratorium Św. Filipa Neri - Poznań - Świerczewo
Siemens Centrale telefoniczne