Dziś jest Sobota, 23 września 2017
św. Pio z Pietrelciny, pr. wspomn. obow.
Czytania:
1 Tm 6, 13-16; Łk 8, 4-15
Gazeta parafialna

Literatura

List

Krzysztof Wawrzyniak

Z zadumy wyrwały Zosię białe płatki śniegu miękko opadające na parapet jej okna. Próbowała się im przyjrzeć z bliska, by po raz kolejny podziwiać ich wspaniałość, lecz one niemalże od razu topniały - nic dziwnego, to był przecież pierwszy śnieg tej zimy. Wtulona w fotel i ciszę swojego pokoju wpatrywała się w okna sąsiedniego domu.

Spędzała w ten sposób całe wieczory, ale nikt nie wiedział o jej sekrecie i o tym, że to właśnie tamten dom już od przeszło trzech lat stanowi jej prawdziwe życie. Chociaż tak naprawdę nigdy w tym domu nie była, był on jej bliższy niż własny. Odnajdywała w nim to, czego nie potrafiła odszukać w swojej rodzinie - miłość, szczęście i dzielenie się każdym drobiazgiem z innymi. Nie znała tych ludzi, ledwie kilka razy w życiu ich słyszała, ale naprawdę ich potrzebowała. To oni sprawiali, że dostrzegała sens życia, że wierzyła, iż sama stworzy kiedyś prawdziwą rodzinę...

Rodzice zawsze tłumaczyli jej, że pragną, aby miała wszystko i żeby niczego nie musiała sobie nigdy odmawiać. To dlatego pracowali niemalże od świtu do nocy, a niedziela, jedyny dzień, w którym mogli być naprawdę razem, była dniem potrzebnym na odespanie całego tygodnia. Przez to wszystko prawie ich nie znała, a rodzina którą wspólnie tworzyli była tylko papierowa. Strasznie żałowała, że nie zauważali tego, czego naprawdę potrzebowała. Sama nigdy nie miała śmiałości, aby im o tym powiedzieć, a potem już chyba było za późno - nie tak łatwo jest przecież zmienić usposobienie człowieka...

Gdy samotne wieczory w domu wielkim tylko metrażem zaczęły być już nie do wytrzymania, zaczęła tęsknie wyglądać przez okno, wierząc, że któregoś dnia rodzice wrócą szybciej z pracy. W ten sposób poznała swoją rodzinę "zastępczą", której losy, bacznie przez nią obserwowane, pozwalały jej przetrwać nawet najtrudniejszy dzień.

Najgorzej było w święta Bożego Narodzenia. Zapracowani rodzice wracali późnym wieczorem, śpiesznie zjadali przygotowaną przez nią wieczerzę, dawali jej masę wspaniałych prezentów i szli spać. Nie mogła z nimi dzielić radości oczekiwań na przyjście Zbawcy, wspólnie śpiewać kolęd i cieszyć się z Jego narodzin. W tych najsmutniejszych ze wszystkich chwil, siadała jak zawsze w swoim fotelu i cieszyła się radością swoich sąsiadów. Z podziwem i zazdrością spozierała na ich wspólne przygotowania, radosną wieczerzę i wspólne śpiewanie kolęd do późnych godzin nocnych. Prezenty także były im miłe, ale jakby mniej istotne - dla nich najważniejsza była zawsze rodzina i Pan Bóg, który nad nią czuwa.

Sięgnęła po koc, aby się okryć, a gdy usadowiwszy się z powrotem w fotelu, zwróciła ponownie wzrok ku znanym oknom, zamarła z przerażenia. Oto była świadkiem ostrej kłótni w wyidealizowanym przez nią domu. Ojciec rodziny bił syna, a zrozpaczona i lamentująca matka próbowała go za wszelką cenę udobruchać. Wystraszona córka starała zaszyć się w jak najdalszym kącie pokoju. Zosia nie mogła uwierzyć własnym oczom. Nie mogąc oderwać oczu od okna, cała zaczęła drżeć. Choć awantura skończyła się już po chwili, długo tej nocy nie mogła zasnąć. Jej obraz idealnej rodziny został całkiem zniszczony i to na dwa tygodnie przed Bożym Narodzeniem.

Postanowiła od tej chwili nie przyglądać się więcej sąsiadom, lecz nawyk sprawiał, że nie mogła się powstrzymać od zerkania raz po raz w dobrze znane okna. Przez następny tydzień od tragicznego zdarzenia nie dostrzegała różnicy pomiędzy swoją a wyśnioną, jak dotąd, rodziną. W obu panowała cisza, oschłość, życie tylko pozornie ze sobą, a faktycznie obok siebie.

W dniu, gdy na wieńcu adwentowym zapalała się trzecia już świeca, coś nagle drgnęło w sercu Zosi. Rano, wychodząc do szkoły, zauważyła, że dzieci sąsiadów zostawiły na stole jadalnym koperty. Cały dzień nie dawała jej spokoju ich zawartość. Bała się, że może planują ucieczkę z domu i że powinna jakoś zareagować, a nie próbuje zapobiec kolejnej tragedii. Jak tylko wróciła do domu, odetchnęła z ulgą - dzieci siedziały w pokoju i odrabiały lekcje. Ich rodzice siedzieli w pokoju obok i czytali listy. Z zapartym tchem oczekiwała ich reakcji i jakież było jej zaskoczenie, gdy spostrzegła, że prawdziwie i szczerze płaczą. Do późnej nocy przypatrywała się wspólnej rozmowie rodziny, którą przed tygodniem spisała już na straty. Patrzyła na ich wspólny płacz, a później śmiech i zabawę. Cieszyła się, że udało się im przezwyciężyć problem, który nagle się pojawił, ale równocześnie zrozumiała coś jeszcze...

Usiadła przy świątecznie zastawionym stole i głęboko odsapnęła. Zdążyła przygotować wszystko na czas, zanim rodzice wrócą z pracy. Cały tydzień przygotowywała wszystko do świąt: ozdoby, zakupy, sprzątanie. Jeszcze nigdy ich dom nie wyglądał tak wspaniale, tak uroczyście jak dziś. Wsłuchiwała się w słowa wesoło rozbrzmiewających kolęd i spoglądała na wigilijny stół, na którego środku stał talerzyk z opłatkiem, a obok niego drugi, na którym leżały dwa listy - jeden do Mamy, a drugi do Taty.

Kuchenny parapet pokrywała ciągle rosnąca warstwa śniegu. Bardzo cieszyła się, że wreszcie pada śnieg na Boże Narodzenie. Jednak jej serce promieniało nie ze względu na padający śnieg. Jeszcze nigdy nie było ono tak bardzo przepełnione nadzieją i wiarą w to, że to właśnie tego wieczoru jej rodzina rozpocznie nowe, wspólne życie.

Czy można wymarzyć sobie lepszy wieczór na pojednanie i budowanie miłości niejako od nowa niż Wigilię Bożego Narodzenia?


Przeczytano 4465 razy

17, (4) 2000 - Boże Narodzenie



polski  english  deutsch  française Dodaj stronę do ulubionych! 
filipini Gazeta parafialna - 'Rodzina Parafialna'
 

Copyright 2003-2011 © Kongregacja Oratorium Św. Filipa Neri i parafia pw. NMP Matki Kościoła - Poznań-Świerczewo
statystyka Valid XHTML 1.0! Valid CSS!
Kalendarz
Czytania
Kongregacja Oratorium Św. Filipa Neri - Poznań
Kongregacja Oratorium Św. Filipa Neri - Poznań - Świerczewo
Siemens Centrale telefoniczne